Do zabójstwa 3-letniego Bartka Kwiatkowskiego doszło w maju 2008 roku. Media i służby dowiedziały się o sprawie, kiedy matka chłopca, Iwona Kwiatkowska, przywiozła syna do szpitala. W nocy maluch dostał biegunki i bardzo wysokiej gorączki, do tego majaczył. Miał na ciele liczne obrażenia, a szef prokuratury rejonowej w Kamiennej Górze powiedział później dziennikarzom wprost, że dziecko zostało zmasakrowane. Kiedy trafiło pod opiekę lekarzy, było zdecydowanie za późno – Bartuś nie żył już od jakiegoś czasu. Reanimacja była bezskuteczna. Kolejne wydarzenia potoczyły się szybko: personel medyczny wezwał na miejsce policjantów, a ci aresztowali 36-letnią wówczas kobietę.
Sekcja zwłok chłopca wykazała, że był maltretowany co najmniej od kilku miesięcy. Bezpośrednią przyczyną zgonu były liczne obrażenia, w tym między innymi obrzęk oraz krwiak mózgu i krwotok wewnętrzny w okolicach lędźwiowych. Podejrzenia padły od razu zarówno na matkę Bartka, jak i jej konkubenta: 29-letniego Mariusza Vaćkara. Nazwiska i wizerunki obu sprawców, zgodnie z decyzją sądu, mogły zostać upublicznione przez dziennikarzy, więc z łatwością można je odnaleźć w mediach.
Matka i ojczym nawzajem obrzucali się winą. Ludzie protestowali na ulicach. "Stop przemocy"
Prokuratura postawiła parze zarzut znęcania się nad chłopcem ze szczególnym okrucieństwem. Mariusz Vaćkar usłyszał dodatkowo zarzut pobicia ze skutkiem śmiertelnym, a Iwona Kwiatkowska – zarzut nieudzielenia pomocy. Na początkowym etapie śledztwa oskarżeni wzajemnie obrzucali się winą, umniejszając własny udział w sprawie.
Śmierć Bartusia Kwiatkowskiego wzbudziła ogromne emocje nie tylko w regionie, w którym doszło do zbrodni, lecz również w całym kraju. Ponad 100 mieszkańców Kamiennej Góry spontanicznie zorganizowało protest i wraz z różnymi transparentami ludzie przeszli ulicami miasta. „Nie pozwól krzywdzić dzieci, są takie bezbronne”, „dość społecznej znieczulicy”, „nie bójcie się interweniować” – tak brzmiało zaledwie kilka z nich. Manifestacja odbyła się na godzinę przed pogrzebem skatowanego dziecka. Na czele pochodu szły kilkuletnie dzieci oraz młodzież. 14-letni Mateusz tłumaczył, że to ich protest przeciwko temu, co spotkało 3-letniego Bartka, ale i przeciwko wszystkim dorosłym, którzy biją dzieci.
Przeczytaj książkę: Dzieci odchodzą w ciszy. Sprawa Kamilka z Częstochowy
Stacja TVN cytowała także Agnieszkę Mastej, współorganizatorkę marszu, która powiedziała dziennikarzom, że został on zorganizowany, ponieważ mieszkańcy Kamiennej Góry chcieli zamanifestować, że "nie są potworami" i nie wszyscy traktują swoje dzieci tak, jak został potraktowany mały Bartek. Mastej apelowała do zgromadzonych, aby nie bać się interweniować, gdy słyszymy za ścianą płacz dziecka. - Dziecko może płakać, bo ktoś robi mu krzywdę, ale i dlatego, że coś stało się jego mamie, że ktoś potrzebuje pomocy - przekonywała mieszkanka Kamiennej Góry, cytowana przez TVN.
Ogrom tragedii poruszył mieszkańców, lecz także przedstawicieli służb mundurowych. Dlatego zdecydowali się nie interweniować, gdy okazało się, że marsz w Kamiennej Górze jest nielegalny. Zgromadzenie na rynku odbyło się bowiem spontanicznie, na wieść o pogrzebie, który odbywał się w oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów Wałbrzychu. Policjanci postanowili nie podejmować działań, skierowanych do rozwiązania niezgłoszonego zgromadzenia, i pozwolili przejść mieszkańcom od centrum miasta do ulicy Jedwabnej, gdzie Bartek mieszkał z mamą i jej konkubentem. Na koniec uczestnicy marszu zapalili znicze na ulicy oraz złożyli kwiaty – to wszystko z myślą o 3-latku.
Babcia 3-latka przerywa milczenie. Próbowała interweniować. "Oni zabierali wtedy Bartusia i wyjeżdżali"
W uroczystościach pogrzebowych także wzięły udział tłumy. Pojawiła się między innymi babcia 3-latka, która zgodziła się zabrać głos w tej sprawie. W rozmowach z dziennikarzami przekonywała, że próbowała interweniować, ale nie wiedziała, co więcej może zrobić. - Gdy zwracałam uwagę córce, to ona zabierała Bartusia i wyjeżdżała – mówiła kobieta. W późniejszym procesie ona również domagała się ukarania córki. Synka pożegnał również jego biologiczny ojciec: Dariusz K. Mężczyzna przyznał, że widział kilka razy sine ślady na ciele dziecka, lecz jego matka twierdziła, że chłopiec spadł z huśtawki, stąd powstałe obrażenia. Skutecznie udawało jej się ukrywać, że 3-latek za zamkniętymi drzwiami mieszkania przechodzi gehennę.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Z medialnych ustaleń wynika, że Mariusz Vaćkar był agresywny od dziecka. Stosował przemoc wobec rówieśników ze szkoły, miał problemy ze środkami odurzającymi i kiepsko się uczył. Okradał nawet własną matkę, która samotnie go wychowywała. Pani Mirosława zgodziła się porozmawiać z reporterem programu „Uwaga! TVN”. Kobieta opowiadała, że zawsze karała syna za niewłaściwe zachowania, próbowała go wychować. W dorosłym życiu się jednak nie zmienił: wyrzucali go z pracy, zarzucali mu, że jest agresywny. - Na mnie krzyczał, trzaskał drzwiami – opowiadała kobieta w TVN-ie.
Iwonę Kwiatkowską poznał za pośrednictwem agencji towarzyskiej. Twierdzi, że ukrywała przed nim, że jest matką sześciorga dzieci. Co stało się z maluchami? Czwórka została kobiecie odebrana i trafiła do rodzin zastępczych. Los piątego dziecka był nieznany: jedne media opisywały, że zaginął, inne twierdziły, że maluch nie żyje. Jednak w kontekście tych wszystkich informacji, ludzie od razu zaczęli zadawać sobie pytanie: jak to możliwe, że szósty potomek, Bartuś, musiał pozostać z matką? Okazuje się, że 36-latka wywalczyła prawo do opieki nad synem po przejściu terapii odwykowej. Z jakichś niezrozumiałych dla większości osób powodów, sąd to prawo jej przywrócił. Niedługo potem doszło do tragedii.
Jednak początek związku Vaćkara i Kwiatkowskiej układał się dobrze. Mężczyzna miał rzekomo akceptować chłopca. W „Uwadze! TVN”, już po usłyszeniu wyroku, opowiadał, że chłopca wszędzie było pełno, że trzeba było mieć przy nim oczy dookoła głowy. - Mówił na mnie wujku – podkreślał, jakby z dumą, 29-latek. Dlaczego więc postanowił go skatować? Agresor tłumaczył się tym, że Bartek denerwował go, bo bywał niegrzeczny. Dodawał, że matka też go biła i „nie chciała tego dziecka”.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Trzy dni niewyobrażalnego cierpienia. 3-letni Bartuś przeżył prawdziwe piekło na ziemi
Tuż przed śmiercią, katował chłopca przez trzy dni z rzędu. Nie pamiętał, czym konkretnie wtedy 3-letni Bartek go zezłościł. Ale nie zgodził się z opisem biegłych, którzy stwierdzili, że zadawał mu liczne ciosy, kopał, uderzał klamrą od paska i bił kablem, że rzucał nim o ścianę. Jednocześnie, jak podkreślił sam TVN, w czasie rozmowy z dziennikarzem „Uwagi” nie żałował 3-letniego chłopca. Podczas procesu również nie wyraził skruchy za to, co zrobił. Wywiad odbył się niecały miesiąc po usłyszeniu wyroku. A jaką decyzję podjął sąd?
Dokładnie 21 grudnia 2009 roku odbyła się kluczowa rozprawa w procesie, który toczył się przed Sądem Okręgowym w Jeleniej Górze. W międzyczasie zmieniono kształt aktu oskarżenia i zarzutów, jakie postawiono podejrzanym. Iwona Kwiatkowska finalnie została skazana za pomoc w zabójstwie syna, a nie tylko za nieudzielenie mu pomocy. Z kolei Mariusz Vaćkar usłyszał wyrok za morderstwo, zamiast za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. To oznaczało możliwość wymierzenia parze wyższych kar pozbawienia wolności.
Czytaj także: Mariusz krzywdził córki i żonę, kazał jeść nasienie z miski dla psa. Za 20 zł "użyczał" Ewę karłowi
Mężczyzna nie przyznał się do winy i zrzucał winę na matkę Bartusia. Ona jednak także się nie przyznawała, tłumacząc, że wbrew doniesieniom zawsze broniła synka przed ciosami konkubenta. Prokurator Ewa Węglarowicz nie miała wątpliwości, że ma do czynienia z psychopatą, który w tak okrutny sposób chciał rzekomo wychowywać dziecko. - Według biegłych nie jest chory psychicznie, więc wie, co jest dobre, a co złe. Skoro przez trzy dni bił Bartka, to godził się na śmierć chłopca. Widział, że każdego dnia chłopiec czuje się coraz gorzej. Ostatniego dnia Bartek był już tak pobity, że nie pozwalał się dotknąć. Oprawca traktował dziecko jak przedmiot - mówiła w swojej mowie końcowej.
Ostatecznie sąd pierwszej instancji skazał Mariusza Vaćkara na dożywotnie pozbawienie wolności, a matkę skatowanego chłopca: na 15 lat więzienia. - Ta sprawa to niewyobrażalny koszmar. Oskarżonego należy wyeliminować ze społeczeństwa. Jest osobą wyrzutą z jakichkolwiek ludzkich odruchów. Zapomniał, że jest człowiekiem - mówił sędzia Marek Klebanowicz, uzasadniając wyrok. - Resocjalizacja w jego przypadku jest niemożliwa. Nazywanie oskarżonej matką jest z kolei obrazą tego słowa. Jej dziecko nigdy nie zaznało miłości i odchodziło ze świata w niewyobrażalnych mękach. Jedyne, co możemy zrobić teraz, to surowo ukarać jego katów – dodawał. Ale wyrok 15 lat więzienia dla Iwony Kwiatkowskiej nie satysfakcjonował prokuratury. Wyższej kary, dokładnie 25 lat więzienia, domagała się nawet jej własna matka.
Sąd bez litości dla głównego sprawcy. Matka też trafiła do więzienia. "To jest po prostu masakra"
Od wyroku złożono więc apelacje. Oskarżeni domagali się ponownego rozpatrzenia sprawy i zmniejszenia kary, a prokuratura oczekiwała surowszego potraktowania matki 3-letniego chłopca. W międzyczasie do mediów społecznościowych zaczęły wypływać zdjęcia skatowanego dziecka, również bardzo brutalne, już po jego śmierci, gdy lekarze badali nagie, posiniaczone ciało Bartusia. Widać na nich skalę agresji, z jaką wyżywano się na ofierze. Służby ustaliły, że Mariusz Vaćkar miał bić chłopca pod byle pretekstem, na przykład gdy ten chciał pójść do toalety. Uderzał pasem ze sprzączką, gumowym wężem i kablem, bił pięściami po genitaliach. Uderzał także wtedy, gdy skóra 3-latka pękała od urazów. Oskarżony twierdził, że to nieprawda, lecz sekcja zwłok i zdjęcia, które można znaleźć w sieci, mówią same za siebie. Jest to niewyobrażalnie bolesny widok.
Mariusz Vaćkar po usłyszeniu wyroku pierwszej instancji w programie „Uwaga! TVN”, w jedynej opublikowanej z nim rozmowie, twierdził, że nie zasłużył na najwyższą karę, bo nie popełnił morderstwa. Według niego, jest winien „tylko pobicia ze skutkiem śmiertelnym”, a nie zabójstwa. - Myślałem, że to jest tak, jak mama mnie biła. Że tak, jak mnie nic się nie stało, tak i jemu nic się nie stanie – mówił przed kamerami mężczyzna.
Szczególną uwagę ludzi śledzących tę sprawę wzbudzał ponadto fakt, że o cierpieniu chłopca wiedziało co najmniej kilka osób. Nikt nie zareagował jednak z taką mocą, by ochronić 3-latka przed najgorszym. To kolejna sprawa tego typu z udziałem najmłodszych, gdzie tragedii być może dałoby się uniknąć, gdyby nie zbyt mało stanowcza postawa otoczenia.
Czytaj również: Bestia z Torunia nie szczędziła nawet dzieci. Andrzej G. wpychał ofiarom przedmioty w miejsca intymne
Tymczasem 7 kwietnia 2010 roku Sąd Apelacyjny we Wrocławiu rozpatrzył wnioski prokuratury oraz obrony. Sędzia Robert Wróblewski, cytowany przez „Fakt”, mówił wprost, że oskarżeni bestialsko złamali nakaz, który każe rodzicom chronić życie dziecka za wszelką cenę, nawet kosztem własnego życia. - Złamanie tego nakazu uderza nie tylko w podstawy życia cywilizacyjno-kulturalnego, ale przede wszystkim w podstawy gatunku ludzkiego. Opis obrażeń Bartka zajmuje stronę maszynopisu. Trudno znaleźć na ciele chłopca miejsce wolne od obrażeń. Dziecko było katowane przez 3 dni. To jest po prostu masakra - mówił w uzasadnieniu sędzia. - Wiele zostało powiedziane na temat tej tragedii. Żadne słowa jednak nie oddadzą tego, co się stało – dodawał.
Zgodnie z decyzją, wyrok pierwszej instancji został podtrzymany w mocy, co oznacza, że – już prawomocnie – Iwona Kwiatkowska została skazana na 15 lat więzienia, a jej konkubent, Mariusz Vaćkar, usłyszał karę dożywotniego pozbawienia wolności.