Mieszkańców Polkowic miast zaniepokoiła seria niebezpiecznych zdarzeń. W bardzo krótkim odstępie czasu ogień pojawił się w dwóch znanych dyskontach - najpierw w sklepie sieci Dino, a następnie w Biedronce. Choć pierwszy incydent okazał się nieszczęśliwym wypadkiem, okoliczności drugiego pożaru są znacznie bardziej zagadkowe.
Pożar w Dino. Wszystko przez zwarcie instalacji
Do pierwszego zdarzenia doszło 15 stycznia nad ranem. Tuż po godzinie 4 służby ratunkowe otrzymały zgłoszenie o ogniu w markecie Dino przy ulicy Kolejowej.
- Zgłaszający nie był w stanie dokładnie określić miejsca zdarzenia. Po przybyciu pierwszych zastępów strażacy zastali pożar elewacji, który objął również część magazynową obiektu oraz fragment dachu. Działania polegały na podaniu prądów gaśniczych w natarciu, zabezpieczeniu obiektu przed rozprzestrzenianiem się ognia, a także przewietrzeniu pomieszczeń i sprawdzeniu obiektu pod kątem występowania substancji niebezpiecznych
- informował wówczas oficer prasowy polkowickiej straży pożarnej.
Na szczęście pożar udało się szybko opanować. Policja ustaliła, że przyczyną było zwarcie instalacji elektrycznej. Sklep ma zostać wkrótce ponownie otwarty.
Dwa tygodnie później ogień trawi Biedronkę
Niestety, spokój nie trwał długo. Zaledwie pół miesiąca później, 1 lutego, wybuchł kolejny, znacznie groźniejszy pożar. Tym razem płomienie objęły supermarket Biedronka przy ulicy Ogrodowej. Gdy strażacy dotarli na miejsce, ogień był już bardzo rozwinięty, a akcja gaśnicza okazała się wyjątkowo trudna i niebezpieczna.
- W krótkim czasie cały obiekt stanął w płomieniach (...). Niestety, podczas akcji poszkodowanych zostało trzech strażaków. Odnieśli oni urazy barku i kości piszczelowej w wyniku poślizgnięć na marznącej wodzie używanej do gaszenia pożaru oraz uraz dłoni. Podczas działań strażacy ponieśli również znaczne straty w sprzęcie ratowniczym. Część wyposażenia uległa spaleniu (...). Budynek supermarketu został doszczętnie spalony, a straty materialne są ogromne
- informował o szczegółach akcji mł. kpt. Adrian Ziemiański, oficer prasowy Komendanta Powiatowego PSP w Polkowicach.
To był jedyny taki sklep w mieście
Spalona Biedronka była dla mieszkańców miejscem wyjątkowym. To był jedyny całodobowy market w okolicy, z którego korzystało wiele osób, w tym górnicy pracujący na nocnych zmianach.
- To był jedyny market całodobowy w Polkowicach. Jak górnicy zjeżdżali do kopalni około 1-2 w nocy, to zajeżdżali po piwo lub jakieś drobne zakupy do domu
- mówił pracownik ochrony "Gazecie Wyborczej".
Prokuratura bada sprawę. Straty na 7 milionów złotych
Ze względu na skalę zniszczeń i niejasne okoliczności zdarzenia, sprawą zajęła się prokuratura. Jak informowała policja tuż po zdarzeniu, kluczowa będzie opinia biegłego z zakresu pożarnictwa.
- W przypadku pożaru Biedronki nie ma jeszcze opinii biegłego. Jeżeli tylko taka opinia się pojawi to na pewno informację na ten temat będziemy przekazywać środkom masowego przekazu
- poinformował nas kilka dni po zdarzeniu podkom. Przemysław Rybikowski z Komendy Powiatowej Policji w Polkowicach.
Śledztwo prowadzone jest w sprawie sprowadzenia zagrożenia mienia w wielkich rozmiarach. Straty oszacowano na około 7 milionów złotych. Śledczy analizują różne scenariusze - od przypadkowego zaprószenia ognia aż po celowe podpalenie, choć na razie nic jednoznacznie nie wskazuje na działanie osób trzecich.
- Zgromadzony dotychczas materiał dowodowy uzasadnia podejrzenie popełnienia przestępstwa, co implikowało konieczność wszczęcia śledztwa
- mówi "Wyborczej" prok. Liliana Łukasiewicz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Legnicy.