Wałbrzych: Mężczyzna zmarł na chodniku. Zwłoki leżały kilka godzin w oczekiwaniu na lekarza!

Karetka pogotowia
Autor: ESKA INFO zdjęcie ilustracyjne

Dramat w Wałbrzychu. 54-letni mężczyzna zasłabł i przewrócił się na chodnik. Najpierw nieprzytomnego mężczyznę reanimowali okoliczni mieszkańcy, a po przeszło godzinie na miejsce dotarła karetka pogotowie. Niestety, 54-latka nie udało się uratować. Przez kolejne kilka godzin zwłoki leżały na chodniku w oczekiwaniu na przyjazd lekarza. Okoliczni mieszkańcy są oburzeni.

Dramatyczne wydarzenia rozegrały się we wtorek (30 czerwca) na ul. Ogińskiego w Wałbrzychu. W samo południe 54-letni mężczyzna zasłabł i przewrócił się na chodnik. Z pomocą niezwłocznie pospieszyli mu sąsiedzi. Jak się okazało, mężczyzna stracił przytomność i przestał oddychać. W oczekiwaniu na przyjazd pogotowia, okoliczni mieszkańcy natychmiast przystąpili do reanimacji. Z relacji świadków, przytaczanych przez portal 24wroclaw.pl, wynika, że na przyjazd pogotowia ratunkowego trzeba było czekać przeszło godzinę. W tym czasie osobom prowadzącym reanimację udało się kilkukrotnie przywrócić puls umierającemu mężczyznę. Za każdym razem oddech jednak ustawał.

Po przyjeździe pogotowia reanimację kontynuowali ratownicy medyczni. Niestety, mężczyzny nie udało się uratować. 54-latek zmarł.

To jednak nie był koniec dramatu. Na miejsce wezwano policję, która miała pilnować zwłok do czasu przyjazdu lekarza, uprawnionego do stwierdzenia zgonu. Zwłoki, przykryte jedynie kocem termicznym, leżały na chodniku przez kilka godzin. Lekarz dotarł na miejsce dopiero późnym wieczorem.

- Ciało sąsiada leżało na widoku bez żadnych barier zasłaniających, okryte jedynie kocem termicznym przez prawie cały dzień – mówi pan Przemysław w rozmowie z serwisem 24wroclaw.pl. - Moim zdaniem to uwłacza godności ludzkiej. Nie dość, że karetka przyjechała po tak długim czasie, po którym reanimacja traci jakikolwiek sens to jeszcze ciało zmarłego leży na chodniku niezasłonięte, gdzie bramę dalej bawią się dzieci, a wokół pełno przechodniów.

Dopiero po przyjeździe lekarza i wystawieniu przez niego karty zgonu, ciało można było przekazać pracownikom zakładu pogrzebowego. Z ustaleń policji wynika, że zmarły do 54-letni mężczyzna bez stałego miejsca pobytu.

W Białymstoku zapłonęły 363 znicze – tylu mieszkańców miasta zmarło na COVID-19 od początku pandemii