Kanibal z Dolnego Śląska zabijał ludzi i wykorzystywał ich ciała. Później sprzedawał z nich mięso na targu

Karl Denke, zwany pieszczotliwie „Ojczulkiem”, miał w niezwykle brutalny sposób pozbawiać życia swoich ofiar, a później wykorzystywać ich ciała. Mężczyznę, którego czyny wstrząsnęły niewielkim miasteczkiem na Dolnym Śląsku, oskarżano również o zjadanie zamordowanych przez siebie ludzi. Śledczy ustalili, że ludzkie mięso sprzedawał na targu jako produkty spożywcze. W jego mieszkaniu zalegało mnóstwo szokujących dowodów, świadczących o winie 64-latka.

Karl Denke był pochodzenia niemieckiego, urodził się w Kalinowicach Górnych, a potem przeprowadził do dzisiejszych Ziębic na Dolnym Śląsku, które jednak w tamtym okresie funkcjonowały pod nazwą powiatu Munsterberg. Była to prusko-niemiecka jednostka podziału administracyjnego, istniejąca w latach 1816-1932. Po II wojnie światowej, w 1945 roku, Ziębice zostały włączone do Polski, a miasto przetrwało wojnę w stanie właściwie nienaruszonym. Zanim jednak do tego doszło, okolicznymi mieszkańcami wstrząsnęła historia kanibala i mordercy.

Peklowana wieprzowina bez skóry okazała się ludzkim mięsem. "Odcinane i porcjowane ze zwłok ofiar"

Karl Denke, nazywany pieszczotliwie „Ojczulkiem”, pochodził z rolniczej rodziny. Już w dzieciństwie sprawiał problemy wychowawcze: w szkole uczył się tak źle, że w końcu uznano go za opóźnionego w rozwoju. Wielokrotnie uciekał z domu, a po śmierci rodziców podzielił się gospodarstwem ze starszym bratem. Ten przejął tereny po mamie i tacie, a Karl za pieniądze z ojcowizny kupił własną ziemię, przeprowadzając się do dzisiejszych Ziębic. Robił wszystko, co mógł, by odbudować swoją reputację i w zasadzie mu się to udało: sąsiedzi opisywali go jako człowieka spokojnego, uczynnego i pobożnego. Typ samotnika, który stroni od używek. Plotki na temat Karla wywoływał jednak fakt, że nigdy nie widziano go z kobietą, nie doczekał się żony ani dzieci. Spekulowano nawet, że może woleć mężczyzn, zwłaszcza po propozycji noclegu, jaką złożył jednemu z mieszkańców. Wkrótce jego biznes zaczął kuleć. Otrzymał co prawda zgodę na handel domokrążny, ale przezwisko „rabarbarowego króla”, które otrzymał z powodu sprzedawanych przez siebie warzyw wyhodowanych w przydomowym ogródku, niewiele miało wspólnego z królewskim majątkiem. Karl Denke w rzeczywistości ledwo wiązał koniec z końcem. Próbował jeszcze utrzymywać się ze sprzedaży skórzanych szelek czy pasków, a później również mięsa, którym miała być „peklowana wieprzowina bez skóry”. Z ustaleń śledczych wynika, że tak naprawdę było to ludzkie mięso, odcinane i porcjowane ze zwłok zabijanych przez niego ofiar.

Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni

Ojczulek Denke skutecznie ukrywał swoją mroczną stronę i dzięki temu długo pozostawał nieuchwytny. Nie złapano go nawet wtedy, kiedy przestał mieszkać sam przy ulicy Stawowej 10. Musiał bowiem sprzedać swój dom, choć nadal przebywał w mieszkaniu na parterze. Resztę swojego gospodarstwa wynajmował. W tym samym lokum, ale po lewej stronie, mieszkał nauczyciel, a piętro zajmował kupiec wraz z rodziną. Nie zorientowali się, co pod osłoną nocy wyczynia Karl. Prawda wyszła na jaw dopiero w niedzielę, 21 grudnia 1924 roku, po godzinie 13. To wtedy w drzwiach miejskiego posterunku stanął niejaki Vincent Olivier, żebrak, który w przeszłości wypracował sobie zawód stolarza. Przerażony mężczyzna opowiedział mundurowym, co go spotkało. Miał na ciele liczne rany. Twierdził, że został zaatakowany przez znanego w Ziębicach handlarza. Przebieg zdarzenia był dość nietypowy.

Bezrobotny stolarz pojawił się w domu Karla po tym, jak ten poprosił go o pomoc w napisaniu świątecznego listu do starszego brata. Obiecywał mu zapłatę, a że Vincent był żebrakiem, natychmiast się zgodził. Szybko zabrał się do pracy, czekając, aż Denke podyktuje mu treść wiadomości. Już pierwsze słowa wywołały niemałą konsternację.

- Adolf, ty tłusty bebechu – wyrecytował Denke, a Olivier wybuchł śmiechem i odwrócił się w kierunku swojego tymczasowego pracodawcy. Wtedy zobaczył, jak Karl próbuje uderzyć go w tył głowy motyką. Z późniejszych ustaleń funkcjonariuszy wynikało, że niemiecki handlarz nie spodziewał się takiej reakcji stolarza. Nie sądził, że ten odwróci się w jego kierunku, stąd chwila zawahania i pudło: Karl nieskutecznie zadał cios, nie powalił swojej ofiary i nie pozbawił jej nieprzytomności. Między mężczyznami wywiązała się szarpanina, a Vincentowi udało się uciec i wezwać pomoc. Ojczulek Denke naprędce wymyślił wymówkę: opowiedział, że to włóczęga próbował wykorzystać jego dobroduszność i go obrabować. Słowo znanego i lubianego handlarza kontra oskarżenia biednego żebraka – można się domyślić, komu uwierzyła lokalna społeczność. Ale obrażenia Vincenta budziły niepewność. Zdecydowano, że zostanie przebadany przez lekarza, a ten orzekł, że faktycznie ktoś zadał poszkodowanemu poważne obrażenia, wyglądające tak, jakby sprawca chciał zabić. Karl Denke został aresztowany około godziny 17. Jeszcze tego samego dnia, cztery godziny później, w celi odnaleziono jego zwłoki. Powiesił się na apaszce.

- Dziś może się to wydawać nieprawdopodobne, ale rzeczywiście powiesił się na tej apaszce. To nie była taka apaszka, jakie mamy dziś, ale porządna: wykonana z lnu. Miała pół na pół metra, więc było się na czym wieszać – tłumaczyła po latach Lucyna Biały z Oddziału Starych Druków Biblioteki Uniwersyteckiej na Piasku we Wrocławiu, która odkryła szczegóły tej historii jako jedna z pierwszych. Wcześniej sprawa znana była tylko z artykułów Marka Czaplińskiego w obszernej pracy „Dzieje miasta Ziębic na Śląsku”. Tak naprawdę stosunkowo niedawno poznaliśmy cały jej przebieg, który do tej pory starano się ukrywać.

Prawda wyszła na jaw po śmierci sprawcy. Nigdy nie ustalono dokładnej liczby ofiar

Wstrząsające znalezisko w celi wywołało wielkie poruszenie w mieście. Funkcjonariusze zachodzili w głowę, dlaczego Karl Denke, oskarżony jedynie o zranienie włóczęgi, postanowił odebrać sobie życie w taki sposób. Czyżby miał coś więcej do ukrycia? - takie pytania wreszcie zaczęły pojawiać się w głowach mundurowych. Dopiero trzy dni po jego śmierci, na prośbę rodziny, która chciała uporządkować rzeczy mężczyzny, służby weszły do jego domu. To wtedy dokonano makabrycznego odkrycia. Na półkach stały naczynia z zapeklowanym ludzkim mięsem, co potwierdziły przeprowadzone potem badania. Funkcjonariusze ustalili, że Karl Denke w brutalny sposób mordował i wykorzystywał ciała swoich ofiar, a następnie zjadał szczątki, część ludzkiego mięsa sprzedając jako produkty spożywcze na targu. Tym samym wyjaśniła się zagadka tajemniczych zaginięć różnych osób w Ziębicach, głównie przyjezdnych, włóczęgów i żebraków, których nikt specjalnie nie szukał. Karl obiecywał im pomoc, z tego zresztą był znany: z pomagania potrzebującym. Tymczasem spotykał ich los, którego o mały włos nie podzieliłby kolejny stolarz.

Czytaj także:  Andrzej G. wkładał ludziom w miejsca intymne żyletki i dezodorant. Jednemu obciął genitalia! Wśród ofiar 13-latek

Nigdy nie ustalono dokładnej liczby ofiar Karla, ale Marek Czapliński w książce „Dzieje miasta Ziębic na Śląsku” opisywał, że ocenia się ją na 20-40 osób. - Jeszcze po drugiej wojnie światowej na terenie jego ogrodu znajdowano ludzkie szczątki – wskazywał autor. Było też mnóstwo dowodów na winę: pokrwawione stosy ubrań, kwity zwolnień ze szpitali lub więzień, w końcu zapiski samego sprawcy, w których notował nazwiska zamordowanych. Pierwsza osoba pojawiła się w notesie w 1903 roku, a ostatnia – w listopadzie 1924 roku, miesiąc przed atakiem na Vincenta. Seryjny morderca kolekcjonował ponadto zęby oraz kości swoich ofiar. W jego domu zabezpieczono łącznie: naczynia z peklowanym ludzkim mięsem, aparaturę do produkcji mydła, skórzane paski wykonane z ludzkiego mięsa oraz kolekcję 420 zębów i różnych kości. Autentyczność tych doniesień potwierdziły badania przeprowadzone przez sądowych chemików.

Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.

W sprawie przesłuchano wiele osób, w tym sąsiadów i lokatorów domu Karla, którzy przecież musieli słyszeć, że coś dzieje się za ścianą domostwa. Z ich zeznań wynikało, że nie mieli co do niego żadnych podejrzeń, choć faktycznie z jego mieszkania wydobywały się odgłosy rąbania. Mieli też widzieć ślady krwi. Zbagatelizowali sprawę, ponieważ Karl Denke sprzedawał mięso, więc sądzili, że to pokłosie jego pracy, a nie zbrodniczych występków. Jedyna nietypowa informacja, jaką sobie przekazywali, mówiła o mordowaniu bezpańskich psów, które mógł przerabiać na to mięso. Jak już wiemy, w rzeczywistości zabijał nie zwierzęta, lecz ludzi.

Karl Denke pochowany na cmentarzu w Ziębicach. Protesty i sprzeciw mieszkańców miejscowości

Przeprowadzone śledztwo doprowadziło do ogromnej paniki wśród mieszkańców. Splajtowała między innymi miejscowa wytwórnia konserw, którą podejrzewano o kupowanie mięsa od Karla. Trudne dni czekały zresztą wszystkich handlarzy wędlin, ponieważ lokalna społeczność zaprzestała ich spożywania przez jakiś czas. Odmówiono nawet picia miejscowej wody, bo ludzie bali się, że źródła zostały zanieczyszczone przez zwłoki, które Karl zakopywał w ogródku. Władze musiały wówczas ściągać wodę do miasta w beczkowozach.

Zobacz również:  Były policjant zabił budowlańca! Marcin Z. odciął mu głowę i ręce. Żona sprawcy: "Źle wykonał tynki"

Mężczyznę finalnie pochowano 31 grudnia 1924 roku na cmentarzu w Ziębicach, co spotkało się z dużym sprzeciwem mieszkańców, którzy nie chcieli, by ich miasteczko miało cokolwiek wspólnego z seryjnym mordercą. Władzom skutecznie udało się zresztą ukrywać historię Karla. Pomógł w tym między innymi brak procesu, który mogłaby opisywać lokalna prasa, a warto zauważyć, że każdy, choćby najmniejszy artykuł o sprawcy, cieszył się olbrzymim zainteresowaniem.

Wydarzenia sprzed lat jako pierwsza szeroko odtworzyła wspomniana dr Lucyna Biały z Uniwersytetu Wrocławskiego. Przejrzała materiały prasowe, które ukazywały się w ówczesnej śląskiej prasie, sprawdziła niemieckie gazety i wszelkie dostępne relacje. Poddała w wątpliwość także to, czy Karl Denke był kanibalem, ponieważ nie ma dowodów na to, że zjadał ciała swoich ofiar – jedynie, że sprzedawał ich mięso na targu. Nigdy nie zbadano treści żołądkowych sprawcy, a z uwagi na to, że ten odebrał sobie życie zanim przeszukano jego mieszkanie, nie było możliwości przesłuchania go na tę okoliczność. W raporcie medyków sądowych z 1926 roku zapisano natomiast, że w mieszkaniu zabójcy odnaleziono garnek z połową porcji mięsa, więc drugą połowę musiał zjeść on sam – na krótko przed aresztowaniem. Były to jednak tylko domniemania służb.

Współcześni właściciele domu przy ulicy Stawowej nie wyrazili zgody na przeprowadzenie prac archeologicznych na terenie posiadłości. Nie przeszukano ziemi ani sąsiadującego z posesją stawu, także po latach. - Szkoda, bo to jest niedopowiedziana historia. Nie wiemy do końca, jak i dlaczego Denke zabijał. Nie wiadomo też, gdzie ukrył swoje pozostałe ofiary i ile ich w rzeczywistości było. Nie znaleziono przecież ani jednej czaszki jego ofiar. Tych odpowiedzi nie znajdziemy w archiwach. One są tam, na miejscu, gdzie Denke zabijał. To wszystko jeszcze czeka na odkrycie – mówił po latach profesor Maciej Trzciński z Katedry Kryminalistyki Uniwersytetu Wrocławskiego.

Jeszcze niedawno, jak donoszą media, obecna właścicielka domu chętnie przyjmowała dziennikarzy, ale po jednej z ostrzejszych publikacji wycofała się z tego typu spotkań. Historycy mają nadzieję, że kiedyś uda się im znów zagłębić w meandry tej skomplikowanej sprawy.

Sonda
Czy w Polsce powinna obowiązywać KARA ŚMIERCI?
Pokój Zbrodni - były policjant zabił tynkarza

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki