30-letnia Patrycja zmarła w marcu 2025 roku po tym, jak doznała udaru krwotocznego. Choć czas odgrywał tu kluczową rolę, pomoc nadeszła zbyt późno. NFZ właśnie zakończył kontrolę w świdnickim szpitalu "Latawiec" i nie miał litości - na placówkę nałożono gigantyczną karę finansową.
Dramatyczne godziny na SOR-ze
Wszystko zaczęło się 27 marca, gdy młoda kobieta nagle zasłabła w swoim domu. Diagnoza postawiona w Świdnicy była jednoznaczna: udar krwotoczny i podejrzenie pęknięcia tętniaka. Stan był krytyczny, a Patrycja wymagała natychmiastowej operacji neurochirurgicznej, której w tym szpitalu nie można było wykonać. Zaczęła się dramatyczna walka o transport do innej placówki, która - według ustaleń kontroli - została całkowicie zawalona logistycznie.
Jak informuje portal TVN24, urzędnicy dopatrzyli się szeregu uchybień.
- W wyniku postępowania stwierdzono nieprawidłową organizację i realizację transportu międzyszpitalnego pacjentki, znajdującej się w stanie bezpośredniego zagrożenia życia i wymagającej pilnego leczenia w oddziale neurochirurgicznym. Nieprawidłowe było także formalne przeniesienie pacjentki ze szpitalnego oddziału ratunkowego na oddział neurologiczny i następnie rozliczenie udzielonych jej świadczeń na tym oddziale zamiast w SOR, w którym przebywała
- przekazała dla tvn24.pl Anna Szewczuk-Łebska, rzeczniczka dolnośląskiego oddziału NFZ.
Szokujące relacje ojca: "Chcieli zamawiać taksówkę"
Relacja pana Alberta, ojca zmarłej 30-latki, chwyta za serce i budzi niedowierzanie. Zdesperowana rodzina patrzyła, jak czas ucieka, a system staje się bezradny. Z relacji mężczyzny wynika, że w pewnym momencie padły absurdalne propozycje.
- Poinformowali nas, że tak nie powinno być, ale nie znaleźli transportu dla mojej córki, odmówiono też śmigłowca. Padła nawet sugestia, że jeden z lekarzy zawiezie ją autem do Wałbrzycha. Nie chcąc tracić czasu, zaproponowałem, że zawiozę ją swoim samochodem. Nie dostałem na to zgody. Usłyszałem za drzwiami, jak dwóch lekarzy rozmawia między sobą i wymieniają pomysł zamówienia taksówki. Byłem w szoku
- wspomina Albert Augustyn w rozmowie z tvn24.pl.
Ostatecznie kobieta trafiła do Wrocławia dopiero po sześciu godzinach. Było już za późno na ratunek. Patrycja po śmierci została dawczynią organów, ratując życie innym osobom. Jej ojciec przyznaje jednak, że finansowa kara dla szpitala to tylko początek drogi do sprawiedliwości.
- Kara, karą, ale satysfakcja będzie, po tym, jak zostaną ukarane odpowiedzialne osoby, a zwłaszcza pan dyrektor. Dobrze jednak, że ktoś widzi, że jest wielki problem w tej służbie zdrowia
- dodaje pan Albert dla tvn24.pl.
Dyrekcja szpitala: "To nie nasza wina"
Szpital "Latawiec" nie zamierza pokornie przyjmować kary, która wynosi dokładnie 537 470,94 złotych. Dyrektor placówki, Grzegorz Kloc, w rozmowie z mediami podkreśla, że personel robił, co mógł, a problem leży w systemie i braku dostępnych karetek w krytycznym momencie.
- Nie zgadzamy się z wynikiem kontroli i kwestionujemy jej ustalenia - powiedział "Gazecie Wyborczej" Grzegorz Kloc, dyrektor szpitala w Świdnicy.
Szef placówki uważa, że to nie "Latawiec" powinien być jedynym winowajcą, wskazując, że pogotowie w ogóle nie powinno przywozić pacjentki z tętniakiem do szpitala bez oddziału neurochirurgii.
- Od początku było też dla nas niezrozumiałym, dlaczego pacjentka z podejrzeniem udaru krwotocznego oraz podejrzeniem pęknięcia tętniaka została przywieziona przez ZRM do szpitala, w którym nie ma oddziału neurochirurgicznego. To znacznie opóźniło adekwatne do stanu zdrowia leczenie. Stoimy na stanowisku, że nie można dokonywać jedynie fragmentarycznej oceny tego, jak była leczona pani Patrycja
- tłumaczył dyrektor na łamach "Wyborczej".
Od kwietnia 2025 roku Prokuratura Okręgowa w Świdnicy prowadzi śledztwo w sprawie możliwości popełnienia przestępstwa. Własne kroki podjął również Rzecznik Praw Pacjenta.