Historia, która wydarzyła się na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przy ul. Borowskiej we Wrocławiu, wywołała emocje. Matka chorego chłopca opublikowała w mediach społecznościowych wpis, w którym opisała wielogodzinny koszmar oczekiwania na pomoc.
Czekali 18 godzin na SOR-ze. "Zapomnieli o nas"
Wszystko zaczęło się o godzinie 13:00, kiedy kobieta wraz z synem zgłosiła się na SOR.
- Wraz z synem czekamy na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym już PONAD 15 godzin. Zarejestrowaliśmy się o godzinie 13.00. Do 16.00 czekaliśmy na pierwszą konsultację. W końcu zostaliśmy przyjęci przez laryngologa. Po konsultacji lekarz polecił nam wyjść na hol i czekać na neurologa
- opisuje w sieci kobieta.
Czekali przez wiele godzin w ciszy, wierząc, że w końcu zostaną wywołani. Pół godziny po północy cierpliwość matki się skończyła. Podeszła do personelu, by zapytać, co dzieje się z jej dzieckiem.
- O godzinie 00.30 poszłam zapytać, czy przypadkiem o nas nie zapomniano. Okazało się, że tak. Kierownik dyżuru wpisał w kartę, że nas nie ma. Tymczasem my cały czas byliśmy na miejscu. Czekaliśmy spokojnie, zgodnie z poleceniem lekarza
- informuje kobieta.
Emocjonalny wpis matki. "Za każdą kartą pacjenta stoi człowiek"
Kobieta w swoim wpisie nie kryje żalu i bezsilności. Podkreśla, jak trudne jest dla rodzica patrzenie na cierpienie własnego dziecka w szpitalnym korytarzu, mając poczucie, że zostało się kompletnie zignorowanym przez system.
- Trudno opisać emocje, które towarzyszą rodzicowi w takiej chwili. Człowiek przyjeżdża z dzieckiem do szpitala, bo potrzebuje pomocy, a później przez wiele godzin siedzi na korytarzu, zastanawiając się, kiedy ktoś się nim zajmie
- czytamy w poście.
W dalszej części swojego wpisu kobieta zadaje fundamentalne pytania o funkcjonowanie opieki zdrowotnej i apeluje o zwykłą ludzką przyzwoitość.
- Nie oczekujemy cudów. Oczekujemy informacji, szacunku i zwykłej ludzkiej odpowiedzialności. Bo za każdą kartą pacjenta stoi człowiek. Za każdym numerem - czyjeś dziecko, czyjś rodzic, czyjaś rodzina
- napisała.
Szpital odpowiada na zarzuty
Uniwersytecki Szpital Kliniczny przy ul. Borowskiej odniósł się do sprawy. Rzeczniczka placówki, Jadwiga Witek, w rozmowie z portalem radiowroclaw.pl przyznała, że procedury medyczne zostały zachowane.
- Z naszych ustaleń wynika, że wszelkie procedury medyczne zostały przeprowadzone prawidłowo. Zostało wykonane wiele czynności rozłożonych w czasie, które pozwoliły ustalić, że nie ma ryzyka zagrożenia życia i że pacjent został wypisany do domu.
- przekazała Radu Wrocław.
W oficjalnym oświadczeniu, które otrzymała rozgłośnia, szpital szerzej wyjaśnia sytuację. Podkreślono w nim, że tamtej doby na SOR przyjęto około 200 pacjentów, a priorytet były osoby w stanie bezpośredniego zagrożenia życia.
- Widzimy natomiast, że zabrakło odpowiednio jasnej komunikacji dotyczącej przewidywanego czasu oczekiwania. (...) Zabrakło jednak wyraźnej informacji, że oczekiwanie na kolejne badania może się wydłużyć. (...) Przykro nam, że czas oczekiwania był tak długi i że nie został on odpowiednio zakomunikowany. Nad tym elementem organizacji i komunikacji obecnie pracujemy
- poinformowała rzeczniczka Radio Wrocław.
Kobieta, która opisała swoją historię w sieci złożyła już oficjalną skargę do Rzecznika Praw Pacjenta.